największa bzdura o związkach

Największa bzdura, jaką usłyszałam o związkach

Ludzie na ogół pragną miłości. Jak leku na poobijane serce, które trzyma się w kieszeni jesiennego płaszcza. Które wyciąga się z tej kieszeni i wręcza nieznajomej osobie, bez myślenia o konsekwencjach. Jakby to była pocztówka z egzotycznych wakacji albo kawałek czekoladowego ciasta. I kiedy to serce jest już w cudzych dłoniach, ściskane przez cudze palce, ostatnim czego się pragnie jest samotność. Bo nic bardziej nie boli, niż zimne ściany za dużego pokoju, w którym stoi pojedyncze łóżko i pusty wazon na kwiaty.

Ale to gówno prawda. Istnieje coś znacznie gorszego.

Związki z second handu

Usłyszałam kiedyś, że naprawdę szczęśliwi są ci, którzy nie muszą szukać. Rodzą się, ledwo odrastają od ziemi, nagle za rękę łapie ich drugi człowiek i nic poza tym już się nie liczy, żadna drzazga nie wejdzie im w palce. Są jak dwa kawałki żółtego sera, który topi się na rozgrzanej patelni. Zlepiają się, ich granice są rozmyte, jakby byli jednym tworem.

Najpierw obijają sobie kolana, bawiąc się na torowisku w dzieciństwie, później zakładają wspólne konto w mediach społecznościowych i płodzą dzieci. Ostatecznie, cokolwiek by się nie działo, czują się dumni. Myślą, że nieważne, czy jest im ze sobą dobrze. Czy mają ochotę ogrzewać się pod wspólną kołdrą i pić herbatę z jednego dzbanka. Istotne jest, że są. Po prostu.

Współczują samotnym i niechcianym, którzy podczas rodzinnego obiadu, słyszą:

– Och, a kiedy pojawisz się w towarzystwie? Dlaczego wszystkich odrzucasz? A może to ciebie nikt nie chce?

Ale też tym, co nieustannie rozpoczynają nowe relacje, żeby znów się niespodziewanie sparzyć, jak podczas pospiesznego prasowania. Tym, co poznają używanych ludzi. Z second handu. Splamionych cudzymi pocałunkami. Brudnych od obcego dotyku.

Tyle że żadna z tych opcji nie jest dobra.

Największa bzdura o związkach

– Skoro się z nim spotykasz, dlaczego miałabyś nie spróbować? Związku jakiegoś, może się pokochacie? Kto wie, jeszcze na waszym weselu pewnie zatańczę.

Niektórzy noszą niewidzialne okulary. Kiedy patrzą na drugiego człowieka, oceniają go wyłącznie przez pryzmat kandydata do związku. Mają w nie wdrukowany cholernie krzywdzący program.

Brązowe włosy, krótkie nogi, miła, ale zbyt ambitna – odpada.

Blondynka, chodzi na kurs tańca, lubi żelki – można spróbować.

Niska, gruba, duże usta – totalnie odpada.

Uczy dzieci w podstawówce, pewnie marzy o swoich – można spróbować.

Klasyczna seksbomba, szerokie biodra i wąska talia – marzenie!

Dlatego największa bzdura o związkach, jaką kiedykolwiek usłyszałam, brzmi: każdy napotkany człowiek może być potencjalnym kandydatem do związku i od tego, czy znajdę miłość zależy moje szczęście. To właściwie dwie bzdury, ale ściśle połączone.

Owszem, kiedy leżę w łóżku z lubym i trzymam go za dłoń, kiedy patrzę mu w oczy i widzę jego uśmiech, jestem kosmicznie szczęśliwa. Ale nie uzależniam swojego samopoczucia wyłącznie od związku. Mój świat jest układanką, która składa się z różnorodnych elementów. I wiem, że jeśli sama nie będę karmić się dobrymi myślami, to zatruję sobą innych. Będę jak ludzie, którzy łapią cudze dłonie, żeby wydostać się na powierzchnię, ale zamiast tego ściągają innych w dół.

Przekreślona szansa

Śmiem sądzić, że najmniej szans na ciekawe znajomości mają ci, którzy nakładają na innych kalkę swoich oczekiwań. Przyglądają się komuś i wiedzą, jaki powinien być. Ba, jaki jest. Oczywiście w ich wyobrażeniach. Przypisują mu na starcie określoną rolę. I jeśli tylko cierpią na zapalenie najistotniejszej części ciała, związane z nieustannym poszukiwaniem partnera na życie, mogą nie dostrzegać w nowych znajomościach możliwości kumplowania się. W grę wchodzi związek albo urwanie kontaktu.

Kiedy byłam nastolatką, poznawałam często chłopaków. Przeżywałam wówczas okres, który najprościej można nazwać: znalezienie mężczyzny do związku jest celem mojego życia. Zabawne, prawda? Ale nie dotyczyło to tylko mnie, a wielu moich koleżanek. Dziewczyn, z którymi przesiadywałam w różnych miejscach, wpatrując się tęsknym wzrokiem w męskie plecy.

Popełniałam wtedy dwa błędy.

Nie potrafiłam się z mężczyznami kumplować

Wszystkich traktowałam tak serio, jakby lada dzień miał się skończyć świat, a za nieznalezienie drugiej połówki miało się trafić do piekła. Interpretowałam każdy miły gest, jak zaproszenie do znajomości. Byłam niczym spragniony pies po długiej wędrówce. Mogłam pić wodę z kałuży, byle pić.

Nie potrafiłam uwierzyć, że życie w pojedynkę też może być fajne

Przeszłam kilka etapów: samotność, randki, związki, samotność, obecny związek. Pierwsze trzy etapy wiązały się z nieustannym przeświadczeniem, że drugi człowiek jest wart więcej niż ja. Że jestem niekompletna i gdyby nie inni, znaczyłabym równie mało, co gołąb delektujący się wyschniętą bułką na dworcu kolejowym.

Wyobrażam sobie czasem, że droga przez życie przypomina schody. Nie ścieżkę wśród lasów i pól, tylko strome schody w wieżowcu. Niektórzy ludzie zostają na parterze ze strachu, inni idą trochę wyżej – ale wciąż karmią się myślą, że lepiej już być nie może. Że osiągnęli wszystko. Jeszcze inni czują ciągły niedosyt. I choćby wdrapali się na dach, a później wymyślili urządzenie, które przetransportowałoby ich jeszcze wyżej – wciąż będą niepełni.

Ta wędrówka nie dotyczy wyłącznie nauki, sukcesów w pracy. Bo relacje międzyludzkie także wymagają świadomości. Wspinania się po schodach. Co oczywiście nie oznacza, że im więcej ludzi się pozna i zaciągnie do łóżka, tym lepszym lepszym człowiekiem się jest. Wręcz odwrotnie – wszystko sprowadza się do świadomości bycia z drugą osobą. Do obserwowania swoich i cudzych emocji. Do rozumienia siebie.

Dlatego partner nie powinien być celem, ani maskotką na smutne dni.

Swoboda

Warto do swojego życia wpuszczać ludzi. Jakby było domem z różnymi pomieszczeniami. Ostatecznie nie z każdym gościem wędruje się do sypialni. Bo najważniejsze, to czuć swobodę. Móc poznawać innych, nie oceniając z góry kim są i kim mogliby się stać. Rozmawiać z nimi i z tych rozmów chłonąć wiedzę. Przytulać ich, żeby nie zapomnieć, jak to jest dotykać człowieka.

Ale nie szukać w nich spełnienia swoich pragnień. Nie wchodzić z nimi w związki z desperacji. Ani nie łudzić się, że pojawili się, aby rozwiązać bolesne problemy i poczęstować nowego wybranka tabliczką szczęścia. Ups, to znaczy czekolady.

M.


Kliknij w obrazek i dołącz do mojej grupy Dyskusje na poziomie!

Kliknij TUTAJ i polub mój fanpage!

Jedno przemyślenie nt. „Największa bzdura, jaką usłyszałam o związkach

  1. Bardzo mi się podoba ostatnie zdanie, które świetnie podsumowuje Twój wpis3:
    “Ale nie szukać w nich spełnienia swoich pragnień. Nie wchodzić z nimi w związki z desperacji. Ani nie łudzić się, że pojawili się, aby rozwiązać bolesne problemy…”
    Niestety to kultura i nasz dom rodzinny wmawiają nam, szczególnie kobietom, że dopiero znalezienie faceta uczyni nas pełnowartościowymi istotami.
    Zgadzam się z Tobą, że warto umieć budować swoje własne życie i zainteresowania i nie uzależniać szczęścia od drugiej osoby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *