Przetrwaliśmy kryzys w związku – nasza historia

Muzyka krążyła nam w żyłach, mieszając się z alkoholem. Było głośno i elektryzująco. Trochę jak wtedy, kiedy byłam nastolatką, nieustannie spragnioną emocji dziewczyną, która błądziła po świecie z zamkniętymi oczami. Która była niemądra i niedoświadczona. Trzymaliśmy się za dłonie, siedząc na sofie przesiąkniętej ludzkimi historiami. Lepkiej od cudzej namiętności. Coś między nami narastało, dusiło nas każdego dnia, chociaż udawaliśmy, że możemy swobodnie oddychać.

– Mijamy się. Od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale się bałem.

Pamiętam, że się rozpłakałam. Tylko na kilka sekund, tylko po to, żeby nie eksplodować, nie umrzeć w wśród tych wszystkich ludzi, którzy poruszali swoimi ciałami w rytm muzyki. Pogubiłam się w sobie. I w nim. Udawałam przed sobą, przed każdym kogo spotkałam. Że jest dobrze i cukierkowo, że jednorożce wymiotują tęczą.

Ale mijaliśmy się. Od dawna.

Rywalizacja

Zwykłam opowiadać ludziom, że się z nikim nie porównuję. Że czuję się wartościową kobietą, zdefiniowanym człowiekiem i obserwatorem cudzych bolączek. Wydawało mi się, że trzymam problemy w bocznej kieszeni swojego płaszcza i zaciskam na nich pięść, kiedy spaceruję ulicami. Mam je pod kontrolą. Mogę je wyjąć, rozłożyć na kawałki, obejrzeć pod mikroskopem i połatać wszystkie dziury. Mogę wyrzucić je do śmietnika, zmieniając nastawienie. I później głośno się śmiać, wdychając do płuc urojoną siłę.

Ubzdurałam to sobie. Bo wciąż chodziłam z głową ciężką od zmartwień, brudną od problemów.

Przepłakałam lato. Czasem bezgłośnie i bezwiednie. Jak bezradna istota, jak przegrany człowiek, który stracił wszystko w jedną noc. Któregoś dnia poczułam, że luby wyprzedza mnie w życiu, że biegnie jak szalony i zawsze trafia do celu. Że mu się udaje, a mi niekoniecznie. Jestem zawsze kilka kroków za nim, zawsze piętro niżej. Jego marzenia zaczęły się spełniać, a ja na swoje patrzyłam, jak przez mgłę. I kiedy kupił sobie swój wymarzony samochód, rozpłakałam się. Z zazdrości.

Zaczęłam z nim rywalizować. Porównywać nasze sukcesy. Bo dawniej było odwrotnie. To ja trzymałam go za dłoń, odwracałam do niego głowę i uroczo się uśmiechałam, a on podążał za mną. To ja dominowałam, zasypywałam go trafnymi rozwiązaniami i coraz pewniej poruszałam się po świecie.

Moja chęć rywalizacji zaczęła nas niszczyć. Rozbijać na drobne kawałki, jak szkło, jak lustro, którego krawędzie wbijają się w stopy.

Chłód

Najzimniejsze nie są te chwile, kiedy pod stopami chrzęści śnieg, a płuca napełniają się kosmicznie mroźnym powietrzem. Kiedy płatki śniegu błyszczą we włosach i rękawice otulają dłonie. Najchłodniej jest wtedy, gdy patrzy się w oczy ukochanej osobie i odczuwa się wrogość, niechęć. Pustkę. Niewypowiedziane słowa palą w język, a myśli zmierzają w niebezpiecznym kierunku.

Przestaliśmy rozmawiać o sprawach istotnych. Mówić sobie, co nas boli, drażni i doprowadza do szaleństwa. Przysypaliśmy problemy grubą warstwą banałów. Przyjemnie spędzanym czasem, wyjściami do kawiarni, rozmowami o książkach i pracy. Zakupami w centrum handlowym, robieniem sobie prezentów. Pisaniem krótkich, niewiele znaczących wiadomości. Uśmiechem na zdjęciach, które sobie wysyłaliśmy.

Jednocześnie zaczęła przytłaczać mnie wizja naszej przyszłości. Czułam jak niewidzialny sznur na mojej szyi zaciska się, a ja się duszę, próbuję wyrwać się z biegu wydarzeń, w który wpadłam, który przybrał postać rwącej rzeki. Bo zaczęliśmy błądzić w szarej codzienności. Nie chciałam, żeby nasz los był losem innych ludzi, żebyśmy oddychali tym samym powietrzem. Ani żebyśmy przypominali plastelinową kulkę, masę z ludzkich ciał, jeden organizm bez własnej drogi.

Próbowaliśmy rozmawiać, spisywać na kartce problemy. Siedzieliśmy w samochodzie, w tym o który byłam zazdrosna i patrzyliśmy, jak krople deszczu spływają po szybach. Wypluwaliśmy z siebie sztywne zdania. Brzmiały zupełnie, jak nie nasze, jakby ktoś wszedł do naszych wnętrz i podpowiadał, jaki krok powinien był następny, kto komu ma przytaknąć.

Mówiliśmy: już jest dobrze, znów jesteśmy blisko. Znów jest nam ciepło, jak pod kocykiem z owocową herbatą w ręku, kiedy na dworze wieje wiatr, podrywając do tańca jesienne liście. Ale to były tylko słowa. Przyjemne złudzenie, kolejny zasypany problem, który musiał się pojawić, jak psie gówno na trawniku po śnieżnej zimie.

Wybuch

– Czuję się przytłoczona, nie mogę robić tego, na co mam ochotę. Ciągle muszę myśleć, jak coś odbierzesz, wciąż się boję twojej opinii.

Pulsująca muzyka, klub. Kilka minut przed albo po rozmowie o tym, że się mijamy. Wyszłam na papierosa, usiadłam na murku i starałam się nie słuchać, jak on pyta mnie, dlaczego to robię. Przekroczyłam kolejną granicę, zrobiłam na jego oczach coś, czego brzydził się od zawsze. Stałam nad przepaścią, uśmiechając się do gęstego dymu, który wydostawał się z moich płuc. Moje ciało się rozluźniało, smutek przestał szukać ujścia, zaczynał się zadomawiać, znajdować w moim ciele stałe miejsce. Swój słodki kącik.

Później wylądowaliśmy na tej samej kanapie. Patrzył przed siebie niespokojnym wzrokiem. Zaciskał usta, jakby próbował zatrzymać w sobie całą złość, wszystkie słowa, które kiedyś musiały się wydostać, podeptać nas i pobrudzić.

– Jest mi źle, naprawdę źle. Ze sobą i z tym, jak przebiega moje życie. – Wydusiłam z siebie, jak podczas spowiedzi, jak człowiek, który szuka usprawiedliwienia swoich niemądrych decyzji.

Poszliśmy tańczyć. Uśmiechaliśmy się do siebie, jakbyśmy byli pijani od własnego bólu. I później, kiedy wyszliśmy z czeskiego klubu, ten ból z nas wypłynął. Płakałam, bardzo dużo płakałam, spacerując w deszczu. On mnie przytulał i mówił o tym, o czym powinniśmy porozmawiać dawno temu.

– Nie możemy być o siebie zazdrośni, ani ja o ludzi, z którymi się spotykasz, ani ty o moją pracę. Nie rywalizujmy ze sobą. Będę ci pomagać w spełnianiu twoich marzeń. I wiesz, kolejny raz udało nam się przetrwać kryzys. Nie poddaliśmy się. Bo byliśmy już bardzo daleko, ale wróciliśmy do siebie. Czuję niewyobrażalną ulgę.

Perspektywy

Mogłabym napisać błyskotliwy poradnik o tym, jak przetrwać kryzys w związku. Jak poskładać relację, jakby była z puzzli, które niegrzeczne dziecko porozrzucało po całym mieszkaniu. Jakiego kleju użyć, żeby niemożliwym było odklejenie jednego elementu od drugiego. Jak się godzić i rozmawiać. Ale ja nie jestem doskonała, nie połknęłam wszystkich rozwiązań i nie wypluwam ich, kiedy tylko nadarzy się okazja. Dlatego opisałam naszą historię, która rozgrywała się kilkadziesiąt godzin temu. Dlatego obnażam się i przyznaję, że czasem życie wymyka mi się spod kontroli, dziecinnieję, odbija mi.

Jestem tylko sumą własnych przeżyć. Wciąż uczę się swojego związku. Mężczyzny, z którym postanowiłam podążać tą samą ścieżką. Któremu nie pozwolę bez słowa zawrócić albo skręcić w inną stronę. Bo pragnę być bardziej uważna, skupiona na tym, co się między nami dzieje. Nie chcę patrzeć na naszą relację przez mgłę, nie chcę kruszyć się pod ciężarem niewypowiedzianych słów.

M.


Kliknij w obrazek i dołącz do mojej grupy Dyskusje na poziomie!

Kliknij TUTAJ i polub mój fanpage!

7 przemyśleń nt. „Przetrwaliśmy kryzys w związku – nasza historia

  1. Kryzysy się zdarzają, czasem ma się wtedy ochotę usiąść na chodniku, rozpłakać, albo krzyczeć cały dzień. Przeczytałam bo i u mnie momentami dzieje się źle, dało mi twój wpis wiarę, że można wszystko przezwyciężyć 😉

  2. Przeczytałam, bo zainteresował mnie temat. Nie podobała mi się natomiast forma zdań. Popracuj nad zmniejszeniem ilości ozdobników jak np. “podążać tą samą ścieżką” ” patrzeć na naszą relację przez mgłę,”, “kruszyć się pod ciężarem niewypowiedzianych słów”, “Stałam nad przepaścią”. Przy takim natężeniu brzmi to już jak grafomania. Ciekawy temat, ale bardzo trudno się to czytało.

    1. Nie mam zamiaru nad tym pracować, ponieważ to jest mój styl. W ten sposób piszę teksty. Wielu osobom się to podoba, dlatego tutaj są :). Dla tych, którzy wolą proste zdania, są inne miejsca w sieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *