Ty też nie możesz wcisnąć się w rozmiar 36, chociaż jesteś szczupła?

Wchodzę do sklepu, biorę spodnie i bluzkę, które wołały do mnie z daleka: weź mnie, a będziesz wyglądać niczym bogini i zmierzam w kierunku przymierzalni. Czuję, że te ciuchy odmienią moje życie. Wyobrażam sobie, jak ubieram je na randkę z lubym, a on z wrażenia przeciera oczy. Albo jak idę ulicą i mężczyźni tak się za mną oglądają, że plączą im się nogi i wpadają na słupy. No dobra, zagalopowałam się. Niemniej mój zachwyt zamienia mnie w dzieciaka, który szczerzy ząbki na widok nowej zabawki. I kiedy wchodzę do tej przymierzalni, pozbywam się swoich ubrań, staję przed tym cholernym lustrem prawie naga, zaczyna się piekło.

Najpierw robię podejście do spodni. Upewniam się, że na metce jest mój rozmiar. Okej, biorę głęboki wdech i próbuję wcisnąć stopy w nogawki. Pocę się. Czy moje stopy przytyły? Czerwienią się i wyglądają jak kolorowe galaretki, obrzydliwe. Udaje mi się, teraz kolej na łydki i uda. Przypominają mi się wszystkie filmiki, w których dziewczyny podskakują, żeby zmieścić się w za małe spodnie. Tyle, że im się nie udaje zwykle dopiąć guzika. Chociaż mi też się nie uda. Projektant zapomniał, że kobiety mają pupy. Może nie wszystkie, ale jednak mają. Trochę mi smutno, trochę piszczę sobie w środku, jak mój psiak, gdy wychodzę z domu. Trochę chce mi się płakać.

Łapię w dłonie bluzkę. W niej nadzieja. Wkładam ją powoli, zamykam oczy. Po chwili je otwieram, żeby zobaczyć w lustrze stracha na wróble. Dobranoc – mówię do siebie – dobranoc kochana, ta bluzka to idealna piżamka na tak smutne noce, że w rękaw wyciera się smarka.

Zaniżona i zawyżona rozmiarówka w sieciówkach, czyli dramat niejednej kobiety

Wczoraj na fan-stronie dr Lifestyle pojawił się post ze zdjęciem, na którym w przymierzalni stoi autorka bloga w niedopiętych spodniach i pokazuje środkowy palec. Dr Lifestyle napisała: Drogi Stradivariusie, Bershko, Zaro i reszto inditexowej bandy: pozdrawiam Was serdecznie środkowym palcem w imieniu wszystkich kobiet, które musiałyby użyć łyżki do butów i smaru, by wcisnąć się w Wasze dżinsy w swoim standardowym rozmiarze. To nie my jesteśmy niewymiarowe i nienormalne. To z Wami jest coś nie tak! […] (link)

Trochę się jej nie dziwię, a swoje podejście do rozmiaru ubrań przedstawię w dalszej części tekstu. Niemniej zadziwiły mnie dziewczyny, które komentowały post blogerki. Niektóre podzielały jej zdanie, ubolewając przy tym, że nie mogą się wcisnąć w żadne ubrania z wymienionych przez autorkę marek. Inne broniły sieciówek, albo pisały dlaczego Stradivarius i Bershka to sklepy, w których się ubierają. Znana blogerka z bloga Wyrwane z kontekstu napisała, że to marki dla nastolatek, nie dla dorosłych kobiet. Rozpoczęły się dyskusje na temat wpływu rozmiaru ubrania na nastolatki. Bo kiedy taka nastoletnia kruszynka zorientuje się, że pasuje jej rozmiar 42 – najprawdopodobniej poczuje się cholernie grubo i źle w swoim ciele.

Sama pozwoliłam sobie skomentować post następująco: Wyobraźcie sobie dziewczyny, że na przykład w Mohito ubrania w rozmiarze S są mi często za duże. Choć nie jestem nastolatką. Dlatego myślę, że nie warto winić producentów ubrań, tylko uświadamiać nastolatki (jeśli z powodu rozmiaru ma być im smutno), że w sklepach są różne rozmiarówki i każdy może znaleźć coś dla siebie. Że rozmiar nie definiuje osoby. Że każda z nas ma inną budowę i mimo to może czuć się ze sobą świetnie. Trochę więcej dystansu. Mi Bershka, Stradivarius, i tak dalej – odpowiadają.

Jednak najbardziej bulwersowały komentarze, w których dziewczyny wytykały tłuszczyk na brzuchu i kilka kilogramów za dużo szczupłej autorce posta. To znaczy winiły ją za to, że się nie mieści w spodnie. Nie napisały, że to być może spodnie nie dla niej. Że w tych sklepach znaleźć można ubrania przede wszystkim dla chudziutkich dziewczyn. Musiały jej dowalić, a co! O szydzeniu z cudzych niedoskonałości pisałam w tym tekście. I zdania nie zmieniłam.

Uzależnianie samooceny od rozmiaru ubrania

Przyzwyczaiłam się, że w niemal w każdej sieciówce pasują mi ubrania w różnych rozmiarach. Chociaż aktualnie po sklepach przemieszczam się z niewiarygodną i nieznaną mi dotąd niechęcią, muszę czasem coś kupić. Przecież nie będę chodzić w rozciągniętych spodniach i w spranej bluzce.

W Mohito, w sklepie dla dorosłych kobiet, rzadko znajduję pasującą mi eSkę. Najczęściej przegrzebuję stosy ubrań w poszukiwaniu rozmiaru XS, a kiedy znajdę – oczy mi błyszczą, jakbym dostała w prezencie urodzinowym fontannę czekoladową. Bo ja czekoladę kocham miłością dozgonną. Znowu w Bershce ze spokojem mierzę eMki, bo nie chcę pruć ubrań, za które nie zapłaciłam, chociaż ich stan niejednokrotnie jest przerażający. Mam na myśli plamy po podkładzie, szmince, dezodorancie.

Niemniej rozumiem kobiety, które bzikują na punkcie swojej wagi i rozmiaru, a pomarańczowa skórka na udach śni im się nocą. Nie jestem dietetykiem, trenerem, lekarzem, ani biologiem. Chodziłam zaledwie dwa lata na siłownię, później trochę biegałam, a obecnie wybieram spacery. Być może jesienią powrócę do intensywnej aktywności fizycznej, jednak nie jest to moim priorytetem. Nie musi. Jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że nie należy sugerować się wagą ciała, albo co gorsza porównywać jej z wagami innych osób. Przecież każda kobieta jest innego wzrostu i ma odmienną budowę ciała. Na przykład ja mam bardzo krągły tyłek i założę się, że gdyby mi go odciąć i porównać z niejednym innym tyłkiem, mój ważyłby więcej.

Pamiętam, jak koleżanki na studiach zapytały się ile ważę. Kiedy odpowiedziałam, usłyszałam: naprawdę? Jak to możliwe? Przecież jesteś taka szczupła! Szczuplejsza niż ja, a ważysz więcej!

No właśnie.

Identycznie jest z rozmiarem ubrań. Nie warto sugerować się tym, że w nosi się rozmiar 42, szczególnie jeśli dotyczy to jednego sklepu. Istotne jest, aby czuć się ze sobą dobrze. Patrzeć na swoje odbicie w lustrze i nie wyzywać siebie od grubasów. Rozumiem, że kobiety czują presję bycia wysportowaną, a kiedy koleżanki pytają się je o rozmiar ubrań, chciałyby odpowiedzieć: 36 noszę, kochana. Jakby to miało świadczyć o człowieku. O jego wartości.

Sklepy, które mają w ofercie ubrania dla bardzo szczupłych dziewczyn, są równie potrzebne, co te dla pulchniejszych. Nieważne, że na metce jest inny rozmiar. Dlatego należy uświadamiać nastolatki i dojrzałe kobiety, które dążą do idealnego ciała i dzień potrafi im zepsuć taka błahostka, jak rozmiar ubrania, że nie powinny uzależniać swojej samooceny od oznakowanej w konkretny sposób szmatki. Że to nie jest złośliwość producentów, tylko dopasowanie produktów do potrzeb swojej grupy docelowej. I wystarczy po prostu sklepy, w których ubrania nie pasują do sylwetki, omijać.

Owszem, miewałam przygody, jak ta z początku tekstu. Wzdychałam chociażby do bluzki, w której ostatecznie wyglądałam, jakbym była szynką pościskaną sznurkami. Albo odwrotnie – jakbym założyła luźną piżamę na łzawe wieczory, urozmaicone wciskaniem w siebie lodów waniliowych i bitej śmietany.

Dziewczyny, to tylko ubrania. Kolorowe szmatki w różny sposób oznakowane. Należy nabrać do nich dystansu, bo piękno to nie kosmicznie drogi ciuch w najmniejszym rozmiarze. To akceptacja swojego człowieczeństwa z bagażem niedoskonałości. To bycie dobrym dla siebie, swojego ciała. Kochanie go niezależnie od rozmiaru.

M.

PS wspomniałam o wyżej wymienionych blogerkach, aby wskazać dlaczego napisałam na ten temat – zatem absolutnie nie krytykuję ich opinii w tej spawie, a jedynie się do nich odnoszę.


Kliknij w obrazek poniżej i dołącz do mojej grupy Dyskusje na poziomie!

Aby polubić mój FANPAGE, kliknij TUTAJ!

7 przemyśleń nt. „Ty też nie możesz wcisnąć się w rozmiar 36, chociaż jesteś szczupła?

  1. Rozmiarówki są strasznie pokręcone. Ostatnio mierzyłam bluzkę w rozmiarze S. Zmieściłybyśmy się w nią obie i mogłybyśmy nosić jak sukienkę. Masakra. A o spodniach to w ogóle nie warto zaczynać. Albo na biodrzaste albo na bezbiodrowe. Dla moich dziwacznych bioder nic nie ma 😛

  2. Mam podobne zdanie na ten temat. To nie chodzi o to, że w Berschce czy H&M są żle produkowane ubrania z zaniżonymi rozmiarówkami. Po prostu każdy sklep ma jakieś swoje rozmiary i często bywa tak, że w jednym m będzie dobra a w innym L. Jakoś jja nie biorę sobie tego do głowy.

  3. Znalazłam w Top Secret całkiem niezłą kieckę przecenioną o połowę. Wymierzyła i… Odłożyłam naiwnie sądząc, że w trakcie jutrzejszych zakupów w innej galerii znajdę jakieś inne cudo. Oczywiście nie znalazłam, a powróciwszy do TS nie znalazłam już ani tamtej…. Zła jak pies obkupiłam się w Mohito i dopiero sobie przypomniałam o zakupach online. Zamówiłam sukienkę i świat wrócił do normy. Kiecka przyszła, obejrzałam ją, na metce 38, wszystko ok. I przed pierwszym ubraniem, chcąc ją wyprasować, bez mierzenia – bo i po co – odcięłam metkę. I nagle patrzę, a ona na tej metce na karku ma 36!!!! Boże, szybko zajrzałam pod spódnicę. Kurrr… Tu też 36! W życiu w to bioder nie ścianę! Bliska płaczu ubrałam ją. Pasuje. I teraz do reszty zgłupiałam. Bo ostatni raz widziałam 36 na sobie panną będąc 12 lat temu 🙂

  4. Jestem szczupla, nawet bardzo, ot taka moja uroda… Piszesz ze dla Ciebie jest czyms strasznym ze w sklepach sa male rozmiary, ze zanizona rozmiarowka, ze wpedza to dziewczyny w kompleksy. Nie pomyslisz o tym ze dla Was ta rozmiarowka to tylko dramat z wziecia ubrania z wiekszym numerkiem, a dla mnie szansa na zalozenie ubrania w moim rozmiaze. Bez przerabiania, skracania i zwezania. Wreszcie nie z dzialu dziecięcego.

  5. Coś w tym jest, że człowiek czasem definiuje siebie przez rozmiar ubrania, może nawet nie tyle siebie, ile swoją samoocenę. Nie wiem, czy to wina tego, że sklepy mają różną rozmiarówkę (na metkach przecież często podawane są różne rozmiary w zależności od kraju), czy jakaś kampania, która ma na celu napędzanie manii bycia bardzo chudą i chudym. O tym zresztą napisałaś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *