Historia naszego związku

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że w mojej głowie panował porządek, niczym u pedanta w szafie. Przypominałam raczej zasmucone cielątko, albo chorągiewkę, którą targał wiatr. Rozpacz, imprezy, nowi chłopcy. Czas umykał mi w szalonym tempie, a ja zupełnie nie wiedziałam kim jestem i co mogłabym w życiu robić. Dlatego upajałam się lenistwem. Malowałam się, uprawiałam patrzenie w sufit, czekałam na dźwięk telefonu, który oznaczałby otrzymaną wiadomość. Byłam nieszczęśliwa. Najpierw z powodu odrzucenia. Posypał mi się związek. Kolejny związek. Było ich już kilka. Dłuższe i krótsze. W jednych traciłam ja, w innych druga strona. Nigdy nie było pełnej równowagi, oddania i takiej miłości, że czuje się ją całym sobą, bez przerw.

W którymś momencie pojawił się on. Widywałam go już wcześniej, przecież razem studiowaliśmy. Ale świadomość, że jest mężczyzną, który mógłby być obiektem mojego pożądania, marzeń, uderzyła mnie niemal dwa lata po jego poznaniu. Siadał czasem koło mnie. I kiedy tak zupełnie przypadkiem dotykał mnie ramieniem, moje ciało przeszywało coś niespotykanego. Trudnego do wypowiedzenia. Tego dnia, gdy wszystko się zaczęło, widziałam, jak idzie kilka metrów przede mną. Serce zabiło mi szybciej.

Chemia

Dotychczas nie wiedziałam, że można kogoś dotknąć, pocałować, złapać za dłoń i poczuć się, jak na przejażdżce stromą kolejką. To był czwartek, dzień przed moimi urodzinami. Ubrałam białą sukienkę i szpilki. Siedziałam tak z uczelnianą koleżanką w jej mieszkaniu, wypijając piwo. Później pojawił się on. Kiedy na niego patrzyłam, szumiało mi w głowie od napływających emocji. Dosiadłam się do niego.

Zaczęliśmy się spotykać. Majowe powietrze sprzyjało szczeniackiej aurze naszych początków. Całowaliśmy się, godzinami muskaliśmy swoje wargi i wpychaliśmy języki do swoich ust. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Liczył się dotyk, zapach ciał, dźwięk oddechu i westchnień, widok rozmarzonych twarzy.

Uczyliśmy się siebie, tyle, że opornie. To było tak, że bardzo chcieliśmy zatopić się w sobie, oddać bezpowrotnie, ale w rezultacie tylko błądziliśmy. Zaczęły się kłótnie. I rozmowy. Odmienne postrzeganie wielu problemów ostudziło nasz zapał i kazało zmierzyć się z rzeczywistością.

Trudne początki

Aż dziw, że nasz związek to wszystko przetrwał i obeszło się bez rozstań, czy obrażania się przez kilka dni. Główną przyczyną naszych sporów było zupełnie różne zapatrywanie się na te same sprawy, inne podejście. Na przykład luby nie był przyzwyczajony, żeby mówić o tym, co go denerwuje. W efekcie chodził, niczym nadmuchany paw, z uszu leciała para, a ja nie rozumiałam w czym problem. Musiałam ciągnąć go za język, nazywać emocje, wbijać do głowy, że mówić należy. Bo do mnie doszło, że rozmowa to podstawa. Choćby mnie największą pierdołą rozdrażnił, to zamiast odwrócić się na pięcie i udawać księżniczkę, wolałam mu o tym powiedzieć. Po jakimś czasie zrozumiał, no i teraz wszystkie brudy naszego związku pierzemy, zamiast zamiatać pod dywan.

Na początku naszej relacji przypominałam szczeniaka, biegającego za swoim panem. Proponowałam spotkania, pierwsza pisałam, wchodziłam lubemu na głowę i wariowałam, kiedy on nie podzielał mojego entuzjazmu. Dosyć wcześnie zorientowałam się, że to cholernie przytłaczające. Że brakuje nam równowagi. Byłam zazdrosna. Wkurzałam się, że jestem zaniedbywana. Bo on miał inne zajęcia. Nie czułam się numerem jeden.

Potrzebowałam czasu, żeby w tym związku dojrzeć. Zrozumieć, jak go budować, żeby nie runął, niczym domek z kart.

Historia naszej miłości

Gdy doszliśmy do porozumienia, nasza miłość zaczęła nabierać tempa. Nauczyliśmy się chodzić tymi samymi ścieżkami, pomagać sobie i akceptować, że czasem któreś może nawalić. Rozmawialiśmy ostatnio o tym, że związki nie są dla leniwych. Przynajmniej dobre związki. To ciągła praca. Nie wystarczy z kimś być. Sama obecność i spotkania to za mało. Konieczne jest wyjaśnianie wszelkich przykrości, chodzenie na randki, spontaniczność, dbanie o siebie, dobry seks, czułość.

Do dziś ze wzruszeniem wspominam nasze zaręczyny. I z rozbawieniem. Zaręczyliśmy się na Kasprowym Wierchu, a na szczyt weszliśmy, zamiast wjeżdżać. Gdybyście widzieli minę lubego, ten stres, który interpretowałam, jako złość. Miałam mu ochotę nakopać w tyłek. Myślałam, że psuje nam wędrówkę swoimi humorami. Jakie było moje zdziwienie, gdy on uklęknął przede mną z pierścionkiem. Nie zastanawiałam się. TAK – samo wyszło mi z ust.

Nie mogę doczekać się ślubu, wspólnego życia, mieszkania. Dzieci. To banalne marzenia, posiada je prawie każdy. Czasem jednak odzywa się we mnie mały dzieciak, który boi się tego wielkiego kroku i najchętniej schowałby się pod kocykiem z latarką. Muszę mu wtedy mówić, że sobie poradzę. Że wszystko się ułoży, a życie, to nie horror z piłami.

Perspektywy

Od dawna nie jestem już dziewczyną, która uprawia wpatrywanie się w sufit. Która nie wie, czego chce. Dojrzałam do budowania magicznego związku, ale też do walki o swoje pasje. Mam mężczyznę, przy którym się rozwijam. On mnie inspiruje, daje mi olbrzymiego kopa do działania. Śmiem sądzić, że ja mu również.

Nie dopadła nas monotonia codzienności. Zadbaliśmy o to, by nigdy się przy sobie nie nudzić. Gdy patrzę wstecz, nie myślę: och, dawniej było cudownie i romantycznie, a teraz zeżarła nas codzienność. Jest coraz lepiej. Obiecałam sobie, że tak zostanie.

M.


Jeśli spodobał Ci się tekst, wpadnij na mój FANPAGE!

Zdjęcia wykonało dla nas REC STUDIO. Kliknijcie w link i zobaczcie, jakie fajne sesje robią. 

 

4 przemyślenia nt. „Historia naszego związku

  1. “Wkurzałam się, że jestem zaniedbywana. Bo on miał inne zajęcia. Nie czułam się numerem jeden.” – jakbym czytała o sobie. Widać ja nadal jestem małą dziewczynką… Jak Ty sobie z tym poradziłaś?

    1. Bardzo dużo rozmawialiśmy ze sobą. On zrozumiał, że ja potrzebuję więcej czasu poświęcanego wyłącznie mi, a z rozwojem znajomości sam zaczął chcieć tego wszystkiego bardziej. Poza tym wtedy, kiedy go nie ma obok, ja mam swoje zajęcia. I je uwielbiam. Piszę, czytam, planuję kolejne projekty.

  2. “W efekcie chodził, niczym nadmuchany paw, z uszu leciała para, a ja nie rozumiałam w czym problem. Musiałam ciągnąć go za język, nazywać emocje, wbijać do głowy, że mówić należy.”
    Ja niestety od 3 lat bezskutecznie wbijam to do głowy swojemu. Ale już się nauczyłam, że po prostu sam mi powie prędzej czy później. BTW. Pięknie to opisałaś. Życzę Wam, aby wszystkie plany zostały zrealizowane i abyście mogli cieszyć się i pielęgnować Waszą miłość. To piękne kiedy spotykamy na swojej drodze kogoś z kim chcemy dzielić przyszłość. Mój związek przetrwał prawie dwuletnią rozłąkę, on był za granicą ja w Polsce. Było ciężko, ale wiem, że to doświadczenie umocniło naszą relację.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *