Kiedy to zobaczyłam, rozpłakałam się – czyli o zwierzęcych bolączkach

Kilka dni temu, kiedy przesuwałam kciukiem po wyświetlaczu mojego telefonu, wpatrując się bezmyślnie w zamieszczane przez innych posty, trafiłam na zdjęcie, które wprawiło mój wewnętrzny świat w drżenie. Na początku zdjęcie mi mignęło. Zorientowałam się co na nim jest i nie chciałam patrzeć. Łatwiej jest nie myśleć, nie wiedzieć, nie czuć. Po chwili do niego wróciłam. Zobaczyłam wygięty pyszczek, zamknięte oczka i coś, co przypominało drut, wplecione w szyję. Zobaczyłam też długie ciało, ułożone w dziwny sposób. Tak, jakby przybrało kształt czegoś, w czym przez długi czas leżało. Obok był worek. Brązowego koloru. A pod zdjęciem komentarze, których autorzy z całych sił próbowali dopiec oprawcy psa. On tego nie najpewniej nie czytał, może nawet już o tym nie myśli. Kilka minut później popłakałam się.


W polskich szkołach i w polskich rodzinach brakuje edukacji na temat zwierząt. Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek nauczyciel przez wszystkie lata mojej nauki, mówił o tym, jakie jest poprawne podejście do zwierząt, jak o nie dbać, jak obserwować, w jaki sposób dobierać do rodziny i dlaczego nie powinno się ich traktować, jak słodkie pluszaki do tulenia. Za to doskonale pamiętam, jak wbijałam sobie do głowy sposób, w jaki rozmnaża się mech i paprotniki. Po dziś dzień nie rozumiem dlaczego tak się na tym skupialiśmy.
 
Najczęściej brak jakiejkolwiek empatii w stosunku do zwierząt mogłam zaobserwować na wsiach. Nie twierdzę, bo zwyczajnie nie mam do tego podstaw, własnych badań, ani cudzych badań, że w takich środowiskach psy, czy inne zwierzęta cierpią najbardziej. Piszę na podstawie własnych doświadczeń. Na wsiach trafiałam na psy przywiązane łańcuchem, w klatkach, pozbawione spacerów i żywione chlebem. Kiedy był to pies kogoś kogo znałam, starałam się zawsze przemówić mu do rozumu. Wychodziłam z założenia, że skoro ktoś chce mieć psa, który większość czasu spędza na dworze, to już jego sprawa. Nie każdy musi myśleć, jak ja – mi zawsze szkoda zmarzniętych psów. Ale to, że ktoś trzyma psa tak, jakby to była szczekająca kukła bez uczuć, pozbawiając go godnych warunków do życia, przekracza tym samym wszelkie granice moralności. 
 
Pamiętam psa jednej znajomej. Bardzo ułożona kobieta, z dobrze zarabiającym mężem i zadbanym dzieckiem. Jej pies miał malutki kawałek podwórka – nie mógł biegać po całym ogrodzie. Nigdy nie był wypuszczany. Kiedy się do niego podchodziło, a jeszcze nie dotykało, ocierał się o swój płot, a później z całych sił o rękę. Nie był głaskany. Miał skromną budę i brak towarzysza. Właściciele myśleli o tym, żeby dać go swojej rodzinie, której pies zdechł. Tamten pies nigdy nie był u weterynarza i miał zaledwie sześć lat, kiedy zdechł. Też mieszkał w zamknięciu, ale w jeszcze mniejszym. Był wcześnie ślepy, a właściciele rzucali mu do jedzenia kromki chleba. Ten młodszy i niegłaskany miał tam trafić. Nie wiem, jak potoczyły się jego losy. Za głupia jeszcze byłam, żeby coś poważniejszego, niż rozmowa zrobić.
 
Na moim osiedlu, w pobliskim bloku, też mieszka taki facet, który przygarniał psy, a później je bił. Ostatecznie psy znikały. A straż nie reagowała. Takie nasze polskie i pieskie realia. 
 
Szczególnie jednak uderza fakt, że właściciele zwierząt nie czują potrzeby chodzenia z pupilem do weterynarza. Nie uważają, że zwierze powinno być badane i w razie konieczności leczone. Nie mówię, że większość, ale znajdzie się w otoczeniu każdego człowieka trochę takich przypadków. A pomaganie opuszczonym, bezdomnym zwierzakom? Przecież łatwiej przejść obok i pomyśleć, że ktoś inny uratuje stworzenie. A jeżeli zdechnie, to nawet lepiej, zapewne skończą się jego cierpienia.
 
Gdyby nie częste wizyty u weterynarza, obawiam się, że mojej psiny dzisiaj by z nami nie było. Ponad rok temu zaczęła często wymiotować i mieć problemy z brzuszkiem. Po wszystkim, co tylko zjadła, bolał (dotykaliśmy brzuszka, żeby sprawdzić, czy jest napięty, obolały). Poza tym stała się ospała i nie chciało jej się chodzić na spacery. Po dokładnych badaniach okazało się, że moja Koka miała guzki na wątrobie (po jakimś czasie od rozpoczęcia leczenia zanikły) i niedoczynność tarczycy. W tygodniu, kiedy ją zdiagnozowano, ciągle płakaliśmy. Miała bardzo wysoką gorączkę i była nie do poznania. Teraz jest szczęśliwym i bardzo żywym psiakiem.
 
Pochwalę się też, że udało mi się razem z moją mamą uratować kilka zwierzaków. Najlepszym tego przykładem jest nasza papuga, która została znaleziona w ogrodzie dziadków. Po dwóch latach mieszkania z nami, przywłaszczyła sobie kuchnię (lata po niej swobodnie, a my okien nie otwieramy w tym pomieszczeniu) i daje nam słodkie buziaki, kiedy przystawiamy twarz. Poza tym uratowałyśmy też kilka gołębi, kawek i kotów. Niektóre z ptaków niestety zdechły, a inne trafiły do schroniska dla ptaków, albo jeśli u nas udało im się dojść do siebie, wróciły do swojego świata, startując do lotu z naszego balkonu. 
 
Najbardziej utkwił mi w głowie gołąb, który bardzo wymiotował. Założyłam rękawiczki i pobiegłam z nim do weterynarza. Zwymiotował nawet wtedy, kiedy biegłam, a ja czułam się bezsilna, że tylko tyle dla niego mogę zrobić. Niedługo później zdechł.
 
Myślę, że nawet jeśli ktoś nie czuje potrzeby pomagania zwierzętom, nie powinien ich sobie, a przede wszystkim komuś (w prezencie, o zgrozo) kupować, jeżeli dokładnie nie przemyślał tego i nie jest świadom wszystkich konsekwencji, jakie z tym się wiążą. Słyszy się czasem, że ktoś wziął psa ze schroniska, a później go oddał. Bo szczekał. Bo sikał. Bo dziecko uczulone. Bo nie dał się pogłaskać. 
 
Dlatego, zanim się człowiek na zwierze zdecyduje, musi wiedzieć, że:
 
– psy i wiele innych zwierząt domowych wydaje odgłosy – jeśli jest to nie do przejścia, albo jedynym sposobem, żeby sobie z tym poradzić jest tłamszenie zwierzaka, nie powinno się go posiadać
– zwierzęta wymagają badań i również chorują, a ich leczenie może być kosztowne
– zwierzęta nie postrzegają świata tak, jak ludzie i nie będą pojmować wielu rzeczy, dopóki się ich tego nie nauczy
– niektóre zwierzęta potrzebują szkoleń przeprowadzanych przez osoby z zewnątrz
– zwierzęta mają emocje i uczucia
– zwierzęta nie są na chwilę, ani po to, żeby nas zabawić
– zwierzęta potrzebują uwagi, miłości i czułości
– niektóre zwierzęta mogą uczulać, dlatego warto zrobić testy alergiczne
– należy się zastanowić gdzie zwierze będzie przebywać/spać i jak powinno być wychowane 
– ważne jest, żeby przeanalizować skąd wzięła się chęć posiadania zwierzęcia i czy jest trwała
 
Niby to wszystko jest oczywiste, jednak często jest pomijane przez ludzi, którzy decydują się na czworonoga, bądź inne stworzonko. Mam nadzieję, że dzięki nagłaśnianiu tego typu spraw, więcej osób zrozumie, że zwierze to nie zabawka. Że ono czuje, myśli i wymaga opieki. Potrzebuje kogoś odpowiedzialnego i zdolnego do zajmowania się kimś poza sobą. I to nieprawda, że komunikacja ze zwierzęciem jest utrudniona ze względu na to, że nie posiada umiejętności mówienia w znany nam sposób. Zwierzęta ciągle do nas mówią, ale słyszą je tylko ci, którzy bacznie się im przyglądają. 
 
M.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *